Odszukać geolokatory czyli z wizytą u jerzyków

W jakich miejscach gnieżdżą się jerzyki Apus apus wiedzą wszyscy. To, że zasiedlają u nas duże przestrzenie stropodachowe w blokach mieszkalnych bywa zaskoczeniem dla ornitologów badających gatunek w Europie Zachodniej. Oni po prostu nie znają wielkiej płyty. We wnętrzu takiego stropodachu było chyba niewielu ptasiarzy. Warunki są tutaj rzeczywiście ekstremalne. Nisko, ciasno, ciemno, gorąco, unoszący się kurz. Trzeba pokonać strach, klaustrofobię i wykazać się ogromną cierpliwością. Kaziu Walasz jest chyba jedynym w Polsce naukowcem badającym jerzyki.  Kiedy zwrócił się przez listę region-mto z apelem o pomoc w tych badaniach postanowiłem się zgłosić. Oczywiście targały mną liczne obawy czy podołam ekstremalnym warunkom, przede wszystkim biorąc pod uwagę moje gabaryty. W końcu czwartek, (6.07.), okazał się być dniem prawdy. Rano udaliśmy się  do Niepołomic, gdzie w jednym z bloków mieszkalnym gniazduje kolonijnie populacja jerzyków badana przez Kazia (w tym roku licząca 38 gniazd).  Warunki atmosferyczne były sprzyjające, żeby nie powiedzieć idealne. Chłodna, z temp. poniżej 10°C, noc schłodziła wnętrze stropodachu. W dzień temperatura też zapowiadała się jedynie w okolicach 23°C, dodatkowo miało wiać. Nie powinno być więc tak źle. Na klatce schodowej przebieramy się w stroje robocze, zakładamy maski i wchodzimy do stropodachu. Kaziu zaopatrzył mnie w kombinezon rozmiaru „M”. Już samo wskoczenie w jednoczęściowy strój wymagało nagimnastykowania się. Jakoś się udało, ale nie wróżyłem nałożonemu kombinezowi długiego żywota 😉 . Samo wejście okazało się być dla mnie największym kłopotem. Mały otwór duży człowiek ☺ , później było już całkiem przyzwoicie. Na tyle, że wytrzymaliśmy wewnątrz stropodachu przez 6 godzin !!! Główne zadanie badawcze sprowadzało się do łapania dorosłych ptaków przylatujących karmić pisklęta, sprawdzenie czy są obrączkowane czy mają geolokator, założenie obrączek ptakom „czystym”. Łącznie złapaliśmy 7 ptaków, z tego 5 bez obrączek. Retrapy były niestety bez geolokatorów. To tylko potwierdza, że przy tych badaniach trzeba mieć duuużo cierpliwości. Jerzyki nie karmią teraz często, bo pisklęta w pierwszej dekadzie lipca, w większości gniazd, są już duże. Zaobrączkowaliśmy też 12 piskląt.  Wcześniej zostały odzyskane 2 geolokatory (z ponad 40 założonych w latach 2014 i 2015 w tej kolonii). Jak wszystko pójdzie dobrze będą to pierwsze tego typu dane o jerzykach z Polski. Spodobało mi się, choć stropodach opuściłem w kombinezonie, w którym wyglądałem jakby w stropodachu zamieszkiwał jakiś drapieżnik ☺ . Na ciąg dalszy nie trzeba było długo czekać. Kaziu kontynuował badania w weekend. W niedzielę (09.07.) wraz z Kasią wsparliśmy Go fizycznie i duchowo 😉 . Ubrany już w wygodny kombinezon wielkości 3XL po raz drugi wczołgałem się stropodach w bloku przy ul. Młyńskiej w Niepołomicach. Tym razem było gorąco. Chociaż byliśmy tylko 3 godziny złapaliśmy za to aż 12 dorosłych jerzyków. To niezły wyczyn. Żaden nie był wcześniej zaobrączkowany.

Jerzyki, pomimo że powszechnie znane, wciąż zadziwiają.  Nie miałem pojęcia do czwartku w jaki sposób jerzyki ustawiają palce na pionowej ścianie. Nie, nie tak jak dzięcioł ☺ . Nie sądziłem, że pisklęta przemieszczają się powszechnie między sąsiadującymi gniazdami. Takie obserwacje nasuwają pytania, chociażby związane z karmieniem przez ptaki dorosłe takich „wędrowców”. Na stropodachu też można zostać odkrywcą 😉 .

Następny sezon jerzykowy za rok.  Wchodzę w to ☺ .

Generalnie stropodach podzielony jest na komory do których można przedostać się przez „ubytki” w ściankach działowych. Dla kogoś mojej postury czyli 190 cm wzrostu i ponad 100 kg „żywej masy” to niemałe wyzwanie. Ale to dopiero początek przygody 😉
Fragment przestrzeni stropodachu w bloku w Niepołomicach. Gniazda znajdują się w tej części najniższej, tam gdzie są otwory wentylacyjne. Do tej przestrzeni trzeba się podczołgać kilka metrów, pokonując kilka przewężeń pod belkami nośnymi. Filigranowi mają zdecydowanie łatwiej 😉
Kasia jest najlepszym dowodem na to co napisałem pod zdjęciem powyżej 🙂
KTOŚ mi napisał, że wyglądam w tym stroju jak foka 😉 . Baaardzo śmieszne . W każdym razie kombinezon się sprawdza bardzo dobrze, maska przeciwpyłowa jest też wskazana a czołówka obowiązkowa. Kask ? Niby być powinien, ale … można zrezygnować
Mamy pierwszą dekadę lipca. W gniazdach spotykamy pisklęta w różnym stadium wiekowym. Gniazda z reguły mieszczą się tuż przy otworze wlotowym. Tym młodym jeszcze trochę brakuje aby podejmować próby wchodzenia w otwór
Te są jeszcze młodsze od piskląt z fotografii powyżej
Spotyka się też jeszcze gniazda z jajami. I nie jest to gniazdo porzucone. Do gniazda po dłuższym czasie oczekiwania przyleciała para dorosłych.
A tu już pisklęta duże, wchodzą w otwór, gdzie czekają na rodzica z pokarmem. Ciekawostką jaką zaobserwowaliśmy było przedostanie się ptaka dorosłego „po grzbiecie” młodego przebywającego w otworze, aby dostać się do pozostałego w gnieździe innego pisklaka.
Kaziu Walasz przy pracy z dorosłym jerzykiem w ręku. Ptak niestety bez obrączki i bez geolokatora. Obrączkę dostał, „plecaczka” nie  🙂
Bywają gniazda oddalone od otworu wentylacyjnego, nawet znacznie
APUS TEAM – wszyscy cali i zdrowi, a przede wszystkim zadowoleni, że to już koniec męczarni

Zobaczyć albatrosa czyli parę godzin na Sylcie

Albatros czarnobrewy Thalassarche melanophris, już od chyba trzech wiosennych sezonów przecina powietrzną przestrzeń wschodniej części Morza Północnego zatrzymując się co jakiś czas na odpoczynek a to na Helgolandzie, a to Sylcie czy w duńskim Agger Tange. Siedzi sobie wtedy przez albo kilka godzin albo też przez kilka dni dając nadzieję ptasiarzom na bycie zobaczonym. Kapryśna bestia 😉 . Tym razem na dłużej wybrał sobie właśnie Sylt. Czas więc na moje drugie podejście pod ten gatunek. Wraz z Kasią zapakowaliśmy  do mojego Fiaciora rowery (tak tak ROWERY 🙂 tego jeszcze nie było 😉 ) i naprzód. Co istotne obecność ptaka w dniu naszego wyjazdu, czyli 24.06., oczywiście była potwierdzona.

Sylt to największa z Wysp Północnofryzyjskich. Taki długi rogal. Dostanie się na nią samochodem nie jest takie proste ani też … tanie. Wyspa ma połączenie ze stałym lądem przez długą na 8 km groblę (Grobla Hindenburga) po której wiedzie trakt kolejowy. Trzeba więc dotrzeć do stacji kolejowej Niebüll, wjechać na specjalne wagony i absolutnie nie wysiadać. Kierowca i pasażerowie odbywają podróż we wnętrzu swojego auta co podobno podczas pokonywania grobli przy bardzo silnym wietrze i wysokiej fali, szczególnie dla tych „parkujących” na niższym piętrze wagonu, jest nie lada przeżyciem … za 75 Euro  😉 .

Coś na pewno jeszcze można byłoby tu zmieścić 😉
Tak też można
Przejeżdżamy groblę

Zamiast o świcie dotarliśmy do Niebüll po 9-tej. Kupujemy bilety w automacie (8,40 € od osoby za przejazd + 4,20 € rower bilet całodzienny). Stojąc i zastanawiając się jak tą maszynę sobie podporządkować, pojawia się przy nas miła Pani, która pomimo, że spieszy się na pociąg stara się nam pomóc i w końcu … podarowuje nam jeden bilet, bo z roztargnienia kupiła dwa 🙂 . Czy to w naszym „dumnym kraju” i wśród naszych nadętych „patriotów” byłoby możliwe ? Ale póki co nie brnę dalej w te rozważania. Jak to w Niemczech, pociąg przyjeżdża punktualnie i po blisko pół godzinie jazdy wysiadamy na stacji Keitum.
Oczywiście wziąłem swój rower bez powietrza w kołach. „Dopompuje się” – pomyślałem. Okazało się, że „zdobycie” na miejscu „pumpy” graniczy z cudem. Rowerów setki, pompki brak. Tracimy godzinę (ależ jestem na siebie zły). W końcu udaje się odnaleźć wypożyczalnie rowerów i miły Pan za „free” dobija „luft” w koła. Pogoda się zdecydowanie polepszyła. Przestało padać, wyjrzało słońce ale niestety wieje, co niebawem odczuwamy będąc na grobli otaczającej Rantumbecken. Taka „5” w skali B . Wymarzone warunki dla … albatrosa. Żeby się wynieść. Tak też uczynił. Jeszcze wczorajszego późnego popołudnia przeleciał sobie na północ wyspy po czym stamtąd skubaniutki czmychnął. Będzie więc trzecia runda, ale to już chyba w przyszłym sezonie. Chyba żeby  😉 .

Keitum – stara ale jakże urocza zabudowa. Płoty czy też inne ogrodzenia jak widać nie są potrzebne
Rantumbecken od północy (fot. K. Mikicińska)
Rantumbecken. Na tych wysepkach zdarzało się odpoczywać albatrosowi (fot. K. Mikicińska)
Wszystko pięknie gdyby tylko nie ten wiatr (fot. K. Mikicińska)

Dojeżdżamy groblą do Rantum co jest wyczynem przy tym silnym wietrze i przebijamy się na drugą stronę wyspy. Ciągnące się kilometrami (ponad 38 km) puste o tej porze plaże, wydmy, otwarte takie prawdziwe morze i niezmącony niczym spokój. Po prostu pięknie 🙂 . W drodze powrotnej w knajpce przy zatoce jemy rybę i pijemy … piwo.

Wilhelmina o rubensowskich kształtach zachęca do plażowania bez strojów. Podobno Sylt słynie z plaż dla naturystów. Podobno 😉
Póki co plaże puste. Takich plażowych koszy podobno jest 13 tysięcy
Wydmy koło Rantum

Oczywiście ptaki są cały czas obok nas. Pliszka brytyjska jest chyba największym „rarytem” wyjazdu ale to nie ona nadaje ptasiego charakteru tej wyspie. Ostrygojady, szablodzioby, ohary w tym jedna para z parodniowymi pisklakami. Na łachach setki siewek, m.in.: szlamiki, biegusy rdzawe i zmienne, sieweczki obrożne. Są też rybitwy rzeczne i białoczelne. Co też tu musi się dziać podczas szczytu migracji. A może by tak tu wrócić w tym czasie ? W drodze na dworzec atakują nas (dosłownie) rycyki. Gdzieś muszą być ich młode.

Pliszka brytyjska (Motacilla alba yarrellii)
Wszechobecne ostrygojady (Haematopus ostralegus)
Ohar (Tadorna tadorna)
Sieweczka obrożna (Charadrius hiaticula)
„Rudzielce” – szlamniki (Limosa lapponica) i biegusy rdzawe (Calidris canutus)
Drący się w niebo głosy rycyk (Limosa limosa)

Żegnamy wyspę i pomimo, że do widzenia z albatrosem nie doszło to i tak były to piękne godziny.

Ja też mam kaniuka

Nie było łatwo, to na pewno. Pierwsza próba (03.06.2017) to ogromny „peszek”. Jechałem z moim Tobiaszem na miejscówkę podaną z dnia poprzedniego czyli do Stabrowa. Byliśmy już bardzo blisko kiedy przyszedł sms z aktualną lokalizacją kaniuka. Cofamy się około 2 km do Szopinka. Przy torach kolejowych spotykamy grupę małopolsko-śląską. Kaniuk był przed paroma minutami na linii energetycznej a teraz: „Lata ooo tam, zobacz, jest w lunecie i przemieszcza się w lewo” – mówi jeden z kolegów z Małopolski. Niestety nie dostrzegam, rozgrzane powietrze faluje zamazując dalszą perspektywę. Może wróci ? Czekamy, wraz z jeszcze kilkoma podobnymi nam „nieszczęśnikami”, do godzin południowych. Rozjeżdżamy się po okolicy mając między sobą kontakt telefoniczny. W pewnym momencie jest sygnał, że ptak się odnalazł. Pędzimy tam. Alarm okazał się fałszywy za sprawą bardzo jasnego myszołowa. Wracamy do domu.  Nie pierwsza to i pewnie nie ostatnia porażka. Spóźniliśmy się kilka minut i 2-gi dla Polski kaniuk przeszedł, a w zasadzie przefrunął nam koło nosa. Na frasunek najlepszy … Mc Donalds 😉 . Kiedy już w sobotę nie pojawił się komunikat o kaniuku pomyślałem sobie, no cóż, siedział sobie w jednym miejscu i tak dostatecznie długo jak na drapola. Szybko „odbudowałem” pozytywne nastawienie do świata 🙂 . Nic z tego. W niedzielę przychodzi sms z PGL. Kaniuk cały czas obecny w okolicach Szopinka. Jechać czy nie jechać ?  Odwieczne dylematy  twitchera  😉 .  Zostaję jednak przy obowiązkach zawodowych. Za dużo nagromadziło się zaległości. Przez kilka dni o kaniuku było trochę ciszy. W końcu, bliżej weekendu, wiadomo aktywność terenowa ptasiarzy wzrasta co od razu spowodowało, że sprawa kaniuka odżyła.  Ptak upodobał sobie Zamojszczyznę i cały czas trzyma się doliny Czarnego Potoku. Wraz z Marcinem Borowikiem udajemy się z piątku na sobotę do Szopinka. JEST !!! Z daleka przez lunetę Marcin dostrzega bardzo jasnego ptaka siedzącego na linii energetycznej na granicy Szopinka i Zamościa.  Jeszcze nie mamy pewności bo odległość jest znaczna. Podjeżdżamy te kilkaset metrów bliżej.  KANIUK ! KANIUK ! KANIUK !  Zostawiamy auto i przez nieskoszone łąki staramy się podejść bliżej ptaka wykorzystując zarośla przy rowie melioracyjnym. Trochę udaje się skrócić dystans, co od razu przekłada się na lepszą dokumentację foto.  Wysyłamy info w świat. Już po chwili mamy telefony od ptasiarzy, którzy podobnie jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej my, należą do tej nielicznej już chyba grupy, która kaniuka jeszcze nie widziała. Im też się udaje 🙂 .

Łąki w dolinie Czarnego Potoku
Kaniuk (Elanus caeruleus) . Obserwacja z Zamojszczyzny to dopiero drugie stwierdzenie dla Polski ale wszystko wskazuje na to, że następne lata będą obfitsze za sprawą jego ekspansji (fot. M.Borowik)
Kaniuk w locie (fot. M.Borowik)
I jeszcze jedno ujęcie lecącego kaniuka (fot. M.Borowik)

Na Łużycach…wśród mew z mewiarzami

Gräbendorfer See to zbiornik wodny powstały w wyniku zalania kopalni odkrywkowej węgla brunatnego. Jest tworem stosunkowo młodym, bo dopiero 10 lat temu ogłoszono (nomenomen w dzień moich imienin 😉 ) zakończenie zalewania blisko 500 ha, głębokiej , w niektórych miejscach na ponad 50 metrów, dziury w ziemi. Jak to w przypadku wody zazwyczaj bywa od razu staje się ona obiektem mniej lub bardziej zorganizowanej rekreacji. Biorąc pod uwagę, że to Niemcy, to raczej bardziej. Ordnung musi być  😉 . I tak oto na południowo-zachodnim brzegu powstał camping ze sprzętem pływającym do wypożyczenia. Zbiornik ma jeszcze COŚ. To COŚ to 20-sto hektarowa wyspa, którą od 2011 roku zajęły duże mewy. Gnieździ się tu 850 par mew białogłowych, romańskich, srebrzystych no i oczywiście ich różnej maści mieszańców. Dzięki uprzejmości Jacka Betlei znalazłem się, obok jeszcze Mateusza Ledwonia, w polskiej ekipie, która na zaproszenie Ronalda Kleina (czołowego niemieckiego mewiarza), w ostatni dzień maja, uczestniczyła czynnie przy obrączkowaniu tegorocznych młodych. Cała ekipa, a zebrało się nas zusammen 17 osób, spotkała się właśnie na wspomnianym campingu.
Jak było przedstawia poniższa fotorelacja ☺ .

Gräbendorfer See to tylko 60 km od granicy z Polską (źródło: Google Maps)
Zwarci i gotowi czekamy na decyzje kto z kim i czym będzie płynął
No to się pakujemy ze sprzętem
Można się zapedałować a tu ani centymetra w przód  😉   Siła mięśni Mateusza jest jednak wielka 😉
Płynie „armada”
A pewnie, że nie mam kamizelki, a pewnie że nie umiem pływać. Przyznaję – kary godna postawa . Na szczęście utopiły się tylko … okulary
Fragment mewiej kolonii na wyspie (fot. Jacek Betleja)
Dzielimy się na 2 grupy. W „naszej” oprócz znakowania na kolorowo będziemy mierzyć (Jacek) i pobierać krew (Mateusz).
Mateusz gotowy do zabiegów 😉
Mateusz przy pracy. Z krwi wyodrębni się DNA, które pozwoli m.in. na określenie płci zaobrączkowanych piskląt. To „coś” tajemniczego po lewej to … brodzisko Mateusza 🙂
W kolejce. Niektóre młodziaki niecierpliwe. Poświęciłem koszulę aby młode w koszyku przykryć. Koszula po akcji chyba do kosza 😉
Końcówka zielonych plastików. Teraz już tylko żółte
„Ozdobiony biżuterią” jeden z blisko 400 jakie udało nam się oznaczyć
I niespodzianka. Mewa żółtonoga Larus fuscus ze znaczkami skrzydłowymi z… Anglii (fot. Jacek Betleja)
Drugi zespół pobierał jako materiał DNA ślinę z dzioba
Jacek przy pracy
I kolejna miła niespodzianka. Mewa białogłowa Larus cachinnans zaobrączkowana w Polsce (fot. Jacek Betleja)
Pisklaki widząc zagrożenie skupiają się w stada. Teraz tylko trzeba je otoczyć i wyłapywać po kilka
Powoli ale sukcesywnie stadko się zmniejsza
Oba zespoły obrączkarskie razem
Słodziutki kilkudniowy kurczaczek 🙂
Gniazda z jajami o tej porze to lęgi prawdopodobnie powtarzane. Z reguły w takich gniazdach są zniesienia dwujajowe. Tutaj coś wyjątkowego.

Pelikan różowy – wreszcie !!!

No wreszcie pelikan różowy Pelecanus onocrotalus trafił na moją listę gatunków widzianych w Polsce 🙂 .  Niedojrzały osobnik od kilku już dni upodobał sobie jedno z gospodarstw rybackich w powiecie jędrzejowskim. Dzisiaj miałem okazję z Grzesiem Kaczorowskim podziwiać tego ogromnego ptaka. Pelikan nie był zbyt płochliwy, ale zachowywał dystans 😉 . Kilkukrotnie, płoszony przez małego acz hałaśliwego kundelka, wzbijał się w powietrze. Wyraźnie szukał w powietrzu ciepłych prądów co przy panującej aurze w ostatnich dwóch dniach nie miało szans powodzenia 😉 . Po takich próbach wracał ponownie na niewielki stawik bądź lądował na gruntowej drodze wewnątrz gospodarstwa. W końcu wylądował na przyciętym modrzewiu europejskim 🙂 . I tak się rozstaliśmy.

Wytrwały godlewskii … wiosna…

W Holandii zawsze coś się dzieję. Oczywiście mam na myśli ptaki choć ważnych wydarzeń, chociażby w polityce, w ostatnim czasie też nie brakowało.

Świergotek stepowy Anthus godlewskii został wypatrzony 8 stycznia tego roku w Północnej Brabancji na polderze Noordwaard koło Werkendam i było to 10 stwierdzenie tego gatunku w Holandii. Zabłąkanemu z odległej Azji ptaszkowi najwyraźniej spodobała się okolica bo ani myślał lecieć gdzieś indziej. Cierpliwie czekał na mnie 😉 .  Co najważniejsze – w końcu się doczekał 🙂 .  Po 63 dniach.

Z Kasią Mikicińską dotarliśmy na miejsce przed 10. Pogoda iście wiosenna, nastroje również 🙂 . Po drodze tysiące gęsi, czajki, świstuny, gęsiówki, łyski, ostrygojady, szpaki, czarnowrony, czaple …  Holandia kipiała wiosną. Było oczywiste, że na „świergotkowej miejscówce” napotkamy holenderskich ptasiarzy, którzy będą mieli aktualną wiedzę w temacie świergotka. Tak też było. Kilka osób wyczekiwało godlewskiego ale informacje jakie nam przekazali nie były budujące. Świergotek był, owszem, ale wcześnie rano i gdzieś sobie poleciał. Co najgorsze wysoko. Poczuł wiosnę ?  Pozostało czekać z nadzieją, że wróci. Tak też się stało. Przed 13-tą świergotek wrócił i zaczął intensywnie żerować na łące przy rowie. Ptak był ostrożny  utrzymywał dystans tych kilkudziesięciu metrów co musiało się odbić na jakości dokumentacji zdjęciowej. Ale coś tam wyszło 😉 .

Teraz trochę diagnostyki 🙂 . Mamy oto dużego świergotka o gładkim brzuchu i bokach ciała (czyli bez mocnego kreskowania). Te cechy pozwalają już na wstępie ograniczyć potencjalną przynależność obserwowanego ptaka do 4 gatunków z grupy 13 świergotów występujących w obszarze Zachodniej Palearktyki. Odrzucając, z uwagi na obszar występowania i niechęć do wędrowania, świergotka długodziobego, „na placu boju” pozostają  już tylko 3 gatunki: świergotków: polny, szponiasty i stepowy. Mocne kreskowanie na grzbiecie eliminuje praktycznie świergotka polnego (nawet osobnika w upierzeniu pierwszozimowym). Widoczna wyraźnie biała brew jest krótka, krótsza niż u świergotka szponiastego (i polnego). Czarne zabarwienie na piórach średnich pokryw nie jest spiczasto zakończone tak jak ma to miejsce u świergotka szponiastego. No i jeszcze dziób. Niby u świergotka stepowego powinien być krótszy i bardziej spiczasty niż u szponiastego ale ja akurat jakoś tej cechy nie dostrzegłem u obserwowanego ptaka 😉 . No i głos, istotnie przypominający trochę pliszkę żółtą. Pewny świergotek stepowy  trafia na moją „życiówkę” 🙂 .

Cechy diagnostyczne dla świergotka stepowego: 1 – mocne kreskowanie płaszcza; 2 – wyraźna, krótka brew; 3 – pióra średnich pokryw (zakończenie ciemnego środka); 4 – dziób
Średnie pokrywy u świergotków: stepowego (z lewej, ten z Holandii) oraz szponiastego (z prawej, sfotografowany w styczniu na zimowisku w Wietnamie)
Nasz obiekt pokazał jeszcze zewnętrzną sterówkę z typowym dla godlewskiego układem czarnej barwy na białym tle. Widać to jeszcze lepiej na kolejnym zdjęciu poniżej
Świergotek stepowy (Anthus godlewskii)
Świergotek stepowy (Anthus godlewskii)
Świergotek stepowy (Anthus godlewskii)
Zainteresowanych świergotkiem stepowym przybywało z każdą godziną
Dwa świergotki: z lewej stepowy, z prawej szponiasty. Głowa mała 😉

Akcja Karmnik. Dziś dzień czyża bez … Czyża

Kiedy ja przemierzałem pustynię Negev w prawie letniej aurze chłopaki (i nie tylko 😉 ) w Ogrodzie Botanicznym w Zabrzu zmagali się z zimą i … ilością łapiących się ptaków.

„Przez to, że  Cię  nie  było to jak wyszedłem  na  obchód  za  10  ósma  to  wróciłem  20  po  10-tej ! Jak  nie  przymierzając na Akcji Bałtyckiej  w jesieni ” pisał do mnie Tomek Grochowski. 

Tak to jest zostawić załogę samą sobie 😉 .

„Dzień  zaczął  się  niespodziewanie  od  opadu  śniegu. Już  pierwszy  obchód  był  obiecujący  bo w „dalekiej”  sieci  ponad  20  ptaków. O  11-tej  przechodząc  koło  trzeciej sieci  – tej  pod  brzozą  zauważyłem  kątem  oka,  że właśnie  coś  wyleciało z  butli-karmika  i  wpadło  do  sieci. I  to  jakby  coś  większego   od  sikory.  Hyc  do  sieci i cap … gila!  Nowy gatunek,  nr 20 ! Potem  jeszcze  druga  samica   była  na  dokładkę  w  „dalekiej” – pisze dalej Tomek

Zainteresowanych obrączkowaniem jak zwykle nie brakowało. To cieszy (fot. A.Zawisza-Raszka)
Gatunek nr 20 podczas zimowych odłowów. Pani gilowa dała nam wygraną, o czym w podsumowaniu (fot. A.Zawisza-Raszka)

Łącznie  dzisiaj złapało  się  101  ptaków z 7 gatunków.  Bez wątpienia to był dzień czyża 🙂 . Zaobrączkowano  26  os. z tego gatunku. Jedynie  bogatek było więcej. No a na koniec wspaniały bonus:  czyż  z  czeską  obrączką !

Czas na krótkie podsumowanie
W trakcie siedmiu odłowów, podczas których dokonano łącznie 35 kontroli sieci odłowiono 460 ptaków z 20 gatunków (tabela poniżej).  Dominantem była zdecydowanie bogatka. Bogatka, modraszka i dzwoniec wpadały do sieci podczas każdego z odłowów.
Na tle ogólnopolskiej wypadaliśmy bardzo dobrze. „Wygraliśmy” zdecydowanie pod względem liczby odłowionych gatunków 😉 !!! Pod względem liczby zaobrączkowanych ptaków zajęliśmy 5 miejsce na 26 punktów obrączkarskich. A to oznacza że w Ogrodzie Botanicznym w Zabrzu jest MOC 🙂 !!!
Więcej o Akcji Karmnik w Polsce można poczytać tutaj:
www.akcjakarmnik.blogspot.com
 

Akcja karmnik. Dzisiaj ze „śląskimi” raniuszkami

Dzień pełen emocji za nami 🙂 . Pierwsza kontrola sieci i 22 ptaki do zaobrączkowania o dziwo z niewielkim udziałem sikor a z dominującym czyżem !!!  Zapowiadało się więc dobrze. Ale jak to bywa … „dobrze żarło i zdechło”.  Następna kontrola i ptaków jak na lekarstwo.  Mamy za to liczną grupę młodzieży z Domu Kultury i trzeba ich „uświadamiać” 😉 . Dla dzieciaków móc oglądać potężny dziób grubodzioba z bliska, czy wypuścić osobiście wcześniej zaobrączkowanego ptaka na pewno to niezapomniane przeżycie. Z nadzieją, że z tej grupy wyrosną nasi następcy 😉  dokonujemy wspólnie kolejnych obchodów. Kolejne kontrole na szczęście przebijają liczbą odłowionych ptaków tą drugą w kolejności. Humory więc dopisują. W jednej z sieci mamy dzisiaj nowość nr 1 na liście gatunków zaobrączkowanych w trakcie Akcji – dwa raniuszki.  Jakieś takie dziwne … główki ciemnoszare, jakby umorusane pyłem węglowym, zamiast śnieżnobiałych, a może to nowy podgatunek ? Aegithalos caudatus silenensis  😉 .

Nauka i edukacja. Oj nie jest łatwo
„Śląski” raniuszek
I jeszcze jeden portrecik raniuszka

Ostatni obchód i nowość nr 2 dzisiaj – dzięcioł średni. Obrączkowanie kończymy na liczbie 58 zaobrączkowanych ptaków z 10 gatunków. Tak więc słupek na wykresie poszybuje mocno w górę 🙂 . Za dwa tygodnie ostatni, szósty odłów tej zimy. Czy „pęknie” 400 zaobrączkowanych i 20 na liście gatunkowej  ? Trzymam kciuki, bo ja w tym czasie będę „buszował” po pustkowiach Izraela.

Dzięcioł średni
Sikora uboga

鸳鸯 czyli mandarynka z Dalekiego Wschodu

Wracając z Tobiaszem z beskidzkich nartostrad zajrzeliśmy dzisiaj do Parku Pałacowego w Pszczynie. Obiecałem pokazać Mu mandarynki (Aix gelericulata). Mandarynki zimują w Pszczynie co roku, później znikają nie wiadomo gdzie, by kolejnej zimy wrócić. Tak przynajmniej twierdzi Gucio Schneider, liczący ptaki zimą na Pszczynce. Próbowaliśmy już kilka dni wcześniej jadąc w stronę gór, ale mandarynki się wówczas gdzieś zapodziały 😉 . Za to dzisiaj mogliśmy oglądać dwie kaczki i kaczora w towarzystwie  licznych krzyżówek i … jednej gęsi garbonosej. Nie ma się co dziwić, że na widok tak spektakularnie ubarwionego kaczora oczy same się śmiały i od razu zrobiło się cieplej mimo kilkustopniowego mrozu  🙂 .

Pierwsze mandarynki, kaczki z Dalekiego Wschodu, trafiły do Europy, a konkretnie do Albionu, blisko 300 lat temu. I zdecydowanie Wielka Brytania jest centrum europejskiego areału występowania tego „pierzastego nabytku” do dziś. Niewielkie populacje gniazdują też w większości krajów zachodniej Europy. Do polskiej awifauny lęgowej trafiła na początku XXI wieku. Szacuje się, że w Polsce dziko żyjących mandarynek jest już ponad 100 osobników.

Mandarynki to kaczki nadrzewne, gnieżdżą się w dziuplach, podobnie jak nasz gągoł. Nazwa tej kaczki, mimo, że w upierzeniu samca dużo koloru pomarańczowego, nie pochodzi od dojrzałych mandarynek 🙂 . W cesarskich Chinach, mandaryni byli bardzo ważnymi urzędnikami zarówno cywilnymi jak i wojskowymi. Kształcąc się zdobywali w urzędniczej hierarchii ważności kolejne stopnie, którym odpowiadały wizerunki ptaków (u cywilnych) i ssaków (u wojskowych). Kaczka mandarynka była symbolem siódmego stopnia w dziewięciostopniowej skali ważności,  czyli raczej dość nisko  😉 , a słowo mandaryn można odnaleźć w nazwie tej kaczki w większości języków.

Ona i On. Podobno w kulturze chińskiej para kaczek mandarynek jest symbolem wierności. Istotnie są silnie monogamiczne.
Dziwaczne pióra na głowie, szczególnie u kaczora, tworzą swoisty kapelusz, po łacinie galerum, stąd drugi człon nazwy gatunkowej galericulata, a te pomarańczowe grzebienie w skrzydłach to wydłużone lotki drugorzędowe
„Kapelusik” kaczki jest zdecydowanie bardziej skromny
Chyba jestem „wkurzony”