Archiwum kategorii: Wieści z terenu

Na czerwonej grani

Ach te krajobrazy i kolory. Na grani Czerwonych Wierchów sporo ludzi a wśród nich i My 🙂 . Była też i kozica oraz siwerniaki, płochacze halne, białorzytki i krzyżodzioby świerkowe przelatujące przez przełecze.  To była piękna sobota.

Road 62 czyli w roli głównej czajka szponiasta

Skrzydlaci goście, z tych rzadko lub wyjątkowo pojawiających się w naszym w kraju, przyzwyczaili już nas, ptasiarzy, do tego, że aby się nam pokazać często wybierają miejsca nietypowe 😉 . Chociażby wspomnę tutaj sławną białorzytkę saharyjską, która upodobała sobie śródleśne gospodarstwo w Windudze, gdzie nawet drogi nie były zbytnio piaszczyste, czy też młodego pasterza różowego na owocującym winogronowym pnączu pośród zwartej zabudowy w centrum Osiecznej .

Ostatni gość niezwykły upodobał sobie niewielkie powierzchniowo błotko przy stacji benzynowej „Watis”  koło Strzelna tuż przy drodze nr 62, gdzie 24.09. wypatrzył go jadąc z Rodziną, bynajmniej nie na obserwacje ptaków, Michał Piotrowski. Szczęściarz 🙂 .
Czajka szponiasta Vanellus spinosus, bo to o jej pierwszym w Polsce stwierdzeniu będzie dalej pisane, jako gatunek który miałby zawitać do nas z naturalnego pojawu nie był dotychczas brany po uwagę. Gniazduje w bardzo południowej Europie i to w jej wschodniej części, na większości obszaru jest gatunkiem raczej osiadłym lub wykonującym niewielkie migracje a wszelkie dotychczasowe, bardzo rzadkie stwierdzenia tego gatunku w centralnej Europie, były traktowane właśnie jako nienaturalne. Ale jednak ptaki z Grecji czy Zachodniej Turcji przemieszczają się na zimowiska do Izraela, czyli te 1500 km. Czemuż by jakiemuś osobnikowi nie mogły pomylić się kierunki i nie mógłby przelecieć te 1500 km na północ ? Takie dywagacje przez telefon prowadziliśmy z Pawłem Malczykiem zastanawiając się czy jechać zaliczyć gatunek 😉 . Z pomocą w podjęciu decyzji przyszedł Marcin Faber wykonując doskonałą dokumentację zdjęciową ptaka na której widać aktywne pierzenie piór w skrzydle i mało zniszczone stare lotki pierwszorzędowe co raczej skłania do stwierdzenia że to ptak „dziki”. Trzeba jechać ! Skorygowaliśmy z Kasią wcześniejsze plany i wraz z poniedziałkowym świtem zameldowaliśmy się na parkingu przy stacji benzynowej. Pogoda fatalna, deszcz, mgła, widoczność słaba, światła na fotki brak ale najważniejsze – ptak jest o czym jako pierwszy informuje nas Staszek Turowski, który jest jednym z kilku pierwszych na miejscówce w tym dniu . Rzeczywiście po błotku spaceruje sobie czajka szponiasta bacznie obserwując swoje otoczenie.  Powoli zjeżdżają się inni ptasiarze.  W pewnym momencie ptak podrywa się do lotu zatacza spore koło i ląduje na zaoranym polu przy błotku na którym wcześniej żerował. Dokumentacja zdjęciowa jako taka jest, gatunek odhaczony można wracać tym bardziej, że na poprawę pogody nie ma co liczyć.

A cóż tutaj tej czajce szponiastej się aż tak spodobało, że siedzi i siedzi 😉 ?

Chłopaki zadowolone, znaczy się PTAK był 🙂 Na pierwszym planie Sławek Niedźwiecki „Dziku” (z lewej) i Paweł Malczyk (z prawej)

Nie sądziłem, że po kilku daniach ponownie zjawię w Strzelnie i będę mógł poprawić swoje zdjęcia.  Czajce szponiastej błotko, droga i okoliczne pola widać bardzo przypadły do gustu. Nawet ktoś nazwał ją pieszczotliwie „tirówką”  😉 . Wracając z punktu Akcji Bałtyckiej w Dąbkowicach wraz z Samuelem Sosnowskim podjechaliśmy ponownie na „najsławniejszą” w tym momencie stację benzynową w kraju 😉 . Pogoda wymarzona. Co prawda czajki szponiastej na błotku nie było ale zainteresowanie nią wcale nie zmalało 😉 .

My wybraliśmy mobilną czatownię z drogi 🙂

Na „czajkowym żerowisku” dostrzegamy namiot fotograficzny i kilka postaci ukrytych obok pod siatkami maskującymi. Samek pomstuje na fotografujących, że swoim zachowaniem spłoszyli ptaka i On go nie zobaczy, jednak po chwili łagodnieje bo czajka wraca na zaorane pole 😉 . Odjeżdżamy na chwilę naszym mobilnym punktem obserwacyjnym na stację benzynową za tzw. „potrzebą”. Po chwili wracamy i zastajemy czajkę może 5 metrów od krawędzi pobocza przy którym parkowaliśmy (oczywiście z naruszeniem wszelkich zasad ruchu drogowego 😉 ). Ponownie zatrzymuję się w tym miejscu, opuszczam szybę. Ptak obserwuje co się dzieje ale po chwili kontynuuje kosmetykę piór. Jednak będą lepsze zdjęcia 🙂 . Czajka po kilku, a może kilkunastu minutach przelatuje na zaorane pole. Czas wracać.

Po sezonie na „Ptasiej Wyspie”

Za oknem pochmurno i deszczowo. Brzydka jesień. Czas więc można wykorzystać na „papiery”, różne podsumowania i sprawozdania z minionego sezonu lęgowego 🙂 .

Tegoroczny sezon na „Ptasiej Wyspie” był interesujący za szczególnie za sprawą dwóch dorosłych ptaków z dwóch gatunków u których udało się odczytać kolorowe znaczniki. Ale po kolei.

Kolonia lęgowa śmieszki (Chroicocephalus ridibundus), jak oszacowaliśmy z Jackiem Betleją, liczyła w tym sezonie około 2500 – 3000 par. Tak więc odnotowaliśmy u śmieszki spadek liczebności. Śmieszki zaczęły też gniazdować na wyłaniającej się niewielkiej łasze, około 300 metrów na północ od „Ptasiej Wyspy”. Czy to będzie coś stałego zobaczymy. Na „Ptasiej Wyspie” w tym sezonie zaobrączkowanych zostało  80 piskląt i 3 ptaki dorosłe. Wszystkie otrzymały kolorowe znaczniki. Teraz pozostaje cierpliwie czekać na odczyty 🙂 .

Rybitwy rzeczne (Sterna hirundo) gniazdowały na „Ptasiej Wyspie” w liczbie 43 par. Zaobrączkowane zostały 24 pisklaki z czego 5 otrzymało kolorowe (niebieskie) plastiki. Niewątpliwie ciekawostką było stwierdzenie i udokumentowanie (Jacek ma nowy sprzęt 😉 ) zaobrączkowanego czarnym plastikiem jednego z lęgowych osobników. Jak się okazało rybitwa rzeczna została zaobrączkowana w … IZRAELU !!!

ITM – Izraelitka 😉 (fot. Jacek Betleja)
(BLACK) ITM – miejsce obrączkowania: ATLIT – solniska (na S od Hajfy, Zachodnia Galilea). Mapka w lewym górnym rogu pokazuje areał lęgowy i obszar zimowania rybitwy rzecznej

Mewa czarnogłowa (Larus melanocephalus) też zaskoczyła. Nie tyle samym lęgiem, bo to powszechnie wiadomo, że „Ptasia Wyspa” jest miejscem lęgowym tej mewy, ale jego terminem – 21.06. (!!!). W tym dniu znaleźliśmy gniazdo z 2 jajami a przy nim parę ptaków dorosłych. No i na dodatek jedna z dorosłych „melanii” nosiła kolorowy znacznik 🙂 . Czy rzeczywiście to tak późny lęg czy też lęg powtórzony w innym miejscu ? Tego już chyba nie ustalimy.

Gniazdo mewy czarnogłowej – 21.06.2017
To samo gniazdo – 09.07.2017. Niestety.
A to jedna „melania” z pary lęgowej a poniżej … (fot. Jacek Betleja)
… jej podróże 🙂 Co ciekawe jest to ptak dość leciwy. Został zaobrączkowany w Piestanach na Słowacji w w maju 2004 roku w wieku po 2 czyli musiał mieć co najmniej 3 lata, a więc w 2017 ta mewa liczyła sobie 16 lat minimum 🙂 I tak sobie fruwa między Polską a Francją ani myśląc bojkotować serów i innych francuskich przysmaków 😉

No i żeby wyjść z tematu mewiego, to w tym sezonie mieliśmy gniazdo bączka (Ixobrychus minutus). Niestety jaja zniknęły. Zostały zabrane ? Wybrane ?  Szkoda. Może przyszły rok będzie z sukcesem lęgowym ?

Gniazdo i zniesienie bączka (Ixobrychus minutus)

Podchody lelka

Bez wątpienia jest to ptak niesamowity. Widziałem go już wielokrotnie. Nie tylko w locie, sprawnie „ganiającego” za ćmami, ale też i siedzącego na gałęziach wysokich sosen skąd obwieszczał swym terkotem panowanie nad danym zrąbem czy polaną. Miałem też i okazję wyjmować go z ornitologicznej sieci, kiedy to początkowo udając martwego nagle z głośnym sykiem otwierał swoją ogromną czerwoną paszczę w nadziei, że się wystraszę.  Kiedy jednak pojawiła się kolejna szansa bliskiego, bardzo bliskiego spotkania z „ptakiem – ćmą” nie zastanawiałem się nawet przez chwilę.

Dzięki Grzegorzowi Sierockiemu i Pawłowi Rotmańskiemu w ostatni poniedziałek mogłem uczestniczyć w bezkrwawych łowach w zacnym gronie fotografów przyrody, których celem był właśnie lelek. W okresie jesiennym migrujące lelki najłatwiej spotkać na łąkach, ugorach i otwartych terenach ruderalnych. Zaczynają intensywnie żerować przed czekającą je długą wędrówką na południe Afryki. Po aktywnym polowaniu bardzo chętnie siadają na piaszczystych czy żwirowych drogach i wydawać by się mogło, że to wtedy ot taka bagatelka. Podjeżdża się samochodem, wysiada i robi zdjęcia w świetle samochodowych lamp . O nie, nie. Nie jest to takie proste. Trzeba mieć przede wszystkim dużo szczęścia i trafić na odpowiedniego osobnika, który ufny swym maskującym barwom ignoruje światło i pracujący silnik samochodu. Dalej spokojnie opuścić auto nie zamykając za sobą drzwi i jeszcze trochę się poczołgać po wojskowemu, starając się nie rzucać cienia na siedzącego lelka. Jeżeli ptak jeszcze nie uciekł wtedy pozostaje już tylko „walczyć” z ustawieniami w aparacie 😉 .

W ten poniedziałkowy wieczór w okolicach Puław spotkaliśmy kilka lelków jednak tylko jedna samica była dla nas łaskawa 😉 fot. Grzegorz Sierocki

Kilka zdjęć więcej w galerii http://stanislawczyz.pl/?page_id=10755 Zapraszam, jak zwykle, gorąco 🙂

Wakacyjny fart !

Nasz wakacyjny pobyt na Sobieszewskiej Wyspie zbliżał się nieuchronnie do końca. Jak to bywa przy wakacjach z dziećmi, lornetki rzadko miały okazję być w użyciu. Owszem, z Kasią „zachowywaliśmy czujność” ale poza rybitwami: czubatą i wielkodziobą, które dla człowieka z południa zawsze są jakąś tam atrakcją, nic więcej nie zdziałaliśmy.  W ujście Wisły jakoś mnie nie ciągnęło, a poza tym był tam Szymon Czyżewski i Maciek Kowalski, od których miałem bieżące informacje co tam siedzi.  Plaża i morskie kąpiele (domena Ali), wycieczki po latarniach morskich (Tobiasz zaplanował zdobycie „Blizy”), zabytki Gdańska, mini-zoo w Jantarze, muzeum w Stutthofie, obowiązkowo Stacja Ornitologiczna z wystawą, place zabaw a w przerwach … przyrządzanie posiłków. Tak to się toczyło. Jednym słowem – normalka 😉 . No oczywiście nie można zapomnieć o częściowym zaćmieniu Księżyca. I wszystko wskazywało na to, że ta niczym nie zmącona sielanka trwać będzie do samego końca naszego pobytu.

Samiec pawia w mini-zoo w Jantarze
Schody w latarni morskiej w … Krynicy Morskiej
Częściowe zaćmienie księżyca. Sobieszewo 07.08.2017 godz. 21.15

Aż tu nagle późnym popołudniem, 9.08.,  telefon zaczął się grzać. Pierwszy zadzwonił Marian Domagała z pytaniem czy wiem coś o tajemniczej sieweczce koło Krynicy Morskiej ? Oczywiście nie wiedziałem nic. Ale już za chwilę dostaję smsa z PGL-a: SIEWECZKA DŁUGONOGA / STEPOWA koło Łaszki !!!!!. Okazało się, że i Pablo Malczyk jest nad Zatoką  😉 . Razem z Teresą Kozakiewicz dokonali tej MEGA obserwacji. Niestety do Łaszki już nie było szans dostać się przed zmierzchem. Maćka Kowalskiego złapałem na telefonie, kiedy już był na promie do Mikoszewa.  Pozostało czekać czy ptak zostanie odnaleziony. Niestety pomimo intensywnych poszukiwań –  nie został. Po gorących konsultacjach późnowieczornych postanawiam jednak skoro świt jechać w ciemno. Może ptak jednak się odnajdzie ?

****

Pobudka przed 4 rano. Bez problemów dobudzam Tobiasza (Panie zostały ze względu na nocne perturbacje zdrowotne Ali). Ruszamy. Na prom do Mikoszewa jeszcze zdecydowanie za wcześnie, trzeba więc jechać „na około” przez „7”, niestety remontowaną. Na szczęście nie ma korków.  Docieramy do Łaszki. Odnajdujemy ekipę poszukującą sieweczki w składzie Pablo Malczyk, „Słowik” i „Mikry”. Dołączamy i my. Na zaoranych polach dużo ptaków. Oprócz dominującego szpaka i czajek mamy też i siewnice, siewki złote, bataliony, szlamniki rdzawe. Nad całą tą ptasią czeredą wydaje się czuwać bielik siedzący na polu. Co jakiś czas ptaki niepokoją się na widok przelatujących błotniaków. W ciszy i skupieniu szukamy „zguby” z dnia wczorajszego. I kiedy już mamy zmienić punkt obserwacyjny ciszę przerywa okrzyk Pabla: „JEST”!!!! Rzeczywiście kilkaset metrów przed nami, w miejscu wskazanym przez Pawła, dostrzegamy w lunetach, w dobrym oświetleniu, biegającą sieweczkę z pomarańczową piersią odgraniczoną od białego brzucha ciemnym paskiem. Wieść o odnalezionym ptaku idzie w świat. Docierają do nas Teresa Kozakiewicz, Ania Kośmicka i Wojtek Janecki jr. (ma już prawo jazdy i stał się niezależnym 😉 ). Postanawiamy skrócić dystans do stada żerujących ptaków. Oczywiście wszystko zgodnie z etyką. Wczoraj na fb po obejrzeniu słabej dokumentacji zdjęciowej orzeczono, że ptakiem z Łaszki jest samiec sieweczki stepowej Charadrius veredus (niedawno gatunek ten obserwowano też w Norwegii) . To w takim razie dla mnie ‚tick” nie tylko na liście krajowej ale i WP 🙂 . Zbliżyliśmy się na tyle, że ptaka można już dostrzec przez lornetkę. Po raz kolejny ptaki podrywają się na widok błotniaka. Podrywa się i nasza sieweczka. Na skrzydłach widać wyraźną białą pręgę. Tak więc sieweczka stepowa odpada ! To ewidentna, pierwsza dla Polski, sieweczka długonoga Charadrius asiaticus („tick” tylko na liście krajowej 😉 ) . Od zachodu nadciągają deszczowe chmury. Żegnamy się z rozradowaną ekipą. Mamy do wykonania jeszcze jedno zadanie – wizytę w aptece. Przy wyjeździe z promu spotykamy podłamanego Maćka Kowalskiego. Jest bez samochodu, zbliża się burza, a do sieweczki kawał drogi. „Dlaczego Ty żeś chłopie nie zadzwonił do mnie ?”. To pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Prom z Maćkiem właśnie odpływa. Trzymamy kciuki !

Łaszka po raz drugi „daje mi” mega gatunek. Zupełnie nieoczekiwanie  🙂 .

Sieweczka długonoga (Charadrius asiaticus) – samiec. To tyle co przy użyciu mojego sprzętu dało się wyciągnąć. Coś tam widać  😉
Sieweczka długonoga (Charadrius asiaticus) – digi w wykonaniu „Słowika”
Sieweczka długonoga (Charadrius asiaticus) w locie – widoczne paski na pokrywach, wykluczają sieweczkę stepową. Fotka wykonana przez Wojtka Janeckigo jr.
Ekipa: Teresa Kozakiewicz, Andrzej Kośmicki „Mikry”, Ania Kośmicka, Paweł Malczyk, Wojtek Janecki jr. i Marcin Sołowiej „Słowik”. Tobiasz schował się do auta 🙂

Odszukać geolokatory czyli z wizytą u jerzyków

W jakich miejscach gnieżdżą się jerzyki Apus apus wiedzą wszyscy. To, że zasiedlają u nas duże przestrzenie stropodachowe w blokach mieszkalnych bywa zaskoczeniem dla ornitologów badających gatunek w Europie Zachodniej. Oni po prostu nie znają wielkiej płyty. We wnętrzu takiego stropodachu było chyba niewielu ptasiarzy. Warunki są tutaj rzeczywiście ekstremalne. Nisko, ciasno, ciemno, gorąco, unoszący się kurz. Trzeba pokonać strach, klaustrofobię i wykazać się ogromną cierpliwością. Kaziu Walasz jest chyba jedynym w Polsce naukowcem badającym jerzyki.  Kiedy zwrócił się przez listę region-mto z apelem o pomoc w tych badaniach postanowiłem się zgłosić. Oczywiście targały mną liczne obawy czy podołam ekstremalnym warunkom, przede wszystkim biorąc pod uwagę moje gabaryty. W końcu czwartek, (6.07.), okazał się być dniem prawdy. Rano udaliśmy się  do Niepołomic, gdzie w jednym z bloków mieszkalnym gniazduje kolonijnie populacja jerzyków badana przez Kazia (w tym roku licząca 38 gniazd).  Warunki atmosferyczne były sprzyjające, żeby nie powiedzieć idealne. Chłodna, z temp. poniżej 10°C, noc schłodziła wnętrze stropodachu. W dzień temperatura też zapowiadała się jedynie w okolicach 23°C, dodatkowo miało wiać. Nie powinno być więc tak źle. Na klatce schodowej przebieramy się w stroje robocze, zakładamy maski i wchodzimy do stropodachu. Kaziu zaopatrzył mnie w kombinezon rozmiaru „M”. Już samo wskoczenie w jednoczęściowy strój wymagało nagimnastykowania się. Jakoś się udało, ale nie wróżyłem nałożonemu kombinezowi długiego żywota 😉 . Samo wejście okazało się być dla mnie największym kłopotem. Mały otwór duży człowiek ☺ , później było już całkiem przyzwoicie. Na tyle, że wytrzymaliśmy wewnątrz stropodachu przez 6 godzin !!! Główne zadanie badawcze sprowadzało się do łapania dorosłych ptaków przylatujących karmić pisklęta, sprawdzenie czy są obrączkowane czy mają geolokator, założenie obrączek ptakom „czystym”. Łącznie złapaliśmy 7 ptaków, z tego 5 bez obrączek. Retrapy były niestety bez geolokatorów. To tylko potwierdza, że przy tych badaniach trzeba mieć duuużo cierpliwości. Jerzyki nie karmią teraz często, bo pisklęta w pierwszej dekadzie lipca, w większości gniazd, są już duże. Zaobrączkowaliśmy też 12 piskląt.  Wcześniej zostały odzyskane 2 geolokatory (z ponad 40 założonych w latach 2014 i 2015 w tej kolonii). Jak wszystko pójdzie dobrze będą to pierwsze tego typu dane o jerzykach z Polski. Spodobało mi się, choć stropodach opuściłem w kombinezonie, w którym wyglądałem jakby w stropodachu zamieszkiwał jakiś drapieżnik ☺ . Na ciąg dalszy nie trzeba było długo czekać. Kaziu kontynuował badania w weekend. W niedzielę (09.07.) wraz z Kasią wsparliśmy Go fizycznie i duchowo 😉 . Ubrany już w wygodny kombinezon wielkości 3XL po raz drugi wczołgałem się stropodach w bloku przy ul. Młyńskiej w Niepołomicach. Tym razem było gorąco. Chociaż byliśmy tylko 3 godziny złapaliśmy za to aż 12 dorosłych jerzyków. To niezły wyczyn. Żaden nie był wcześniej zaobrączkowany.

Jerzyki, pomimo że powszechnie znane, wciąż zadziwiają.  Nie miałem pojęcia do czwartku w jaki sposób jerzyki ustawiają palce na pionowej ścianie. Nie, nie tak jak dzięcioł ☺ . Nie sądziłem, że pisklęta przemieszczają się powszechnie między sąsiadującymi gniazdami. Takie obserwacje nasuwają pytania, chociażby związane z karmieniem przez ptaki dorosłe takich „wędrowców”. Na stropodachu też można zostać odkrywcą 😉 .

Następny sezon jerzykowy za rok.  Wchodzę w to ☺ .

Generalnie stropodach podzielony jest na komory do których można przedostać się przez „ubytki” w ściankach działowych. Dla kogoś mojej postury czyli 190 cm wzrostu i ponad 100 kg „żywej masy” to niemałe wyzwanie. Ale to dopiero początek przygody 😉
Fragment przestrzeni stropodachu w bloku w Niepołomicach. Gniazda znajdują się w tej części najniższej, tam gdzie są otwory wentylacyjne. Do tej przestrzeni trzeba się podczołgać kilka metrów, pokonując kilka przewężeń pod belkami nośnymi. Filigranowi mają zdecydowanie łatwiej 😉
Kasia jest najlepszym dowodem na to co napisałem pod zdjęciem powyżej 🙂
KTOŚ mi napisał, że wyglądam w tym stroju jak foka 😉 . Baaardzo śmieszne . W każdym razie kombinezon się sprawdza bardzo dobrze, maska przeciwpyłowa jest też wskazana a czołówka obowiązkowa. Kask ? Niby być powinien, ale … można zrezygnować
Mamy pierwszą dekadę lipca. W gniazdach spotykamy pisklęta w różnym stadium wiekowym. Gniazda z reguły mieszczą się tuż przy otworze wlotowym. Tym młodym jeszcze trochę brakuje aby podejmować próby wchodzenia w otwór
Te są jeszcze młodsze od piskląt z fotografii powyżej
Spotyka się też jeszcze gniazda z jajami. I nie jest to gniazdo porzucone. Do gniazda po dłuższym czasie oczekiwania przyleciała para dorosłych.
A tu już pisklęta duże, wchodzą w otwór, gdzie czekają na rodzica z pokarmem. Ciekawostką jaką zaobserwowaliśmy było przedostanie się ptaka dorosłego „po grzbiecie” młodego przebywającego w otworze, aby dostać się do pozostałego w gnieździe innego pisklaka.
Kaziu Walasz przy pracy z dorosłym jerzykiem w ręku. Ptak niestety bez obrączki i bez geolokatora. Obrączkę dostał, „plecaczka” nie  🙂
Bywają gniazda oddalone od otworu wentylacyjnego, nawet znacznie
APUS TEAM – wszyscy cali i zdrowi, a przede wszystkim zadowoleni, że to już koniec męczarni

Zobaczyć albatrosa czyli parę godzin na Sylcie

Albatros czarnobrewy Thalassarche melanophris, już od chyba trzech wiosennych sezonów przecina powietrzną przestrzeń wschodniej części Morza Północnego zatrzymując się co jakiś czas na odpoczynek a to na Helgolandzie, a to Sylcie czy w duńskim Agger Tange. Siedzi sobie wtedy przez albo kilka godzin albo też przez kilka dni dając nadzieję ptasiarzom na bycie zobaczonym. Kapryśna bestia 😉 . Tym razem na dłużej wybrał sobie właśnie Sylt. Czas więc na moje drugie podejście pod ten gatunek. Wraz z Kasią zapakowaliśmy  do mojego Fiaciora rowery (tak tak ROWERY 🙂 tego jeszcze nie było 😉 ) i naprzód. Co istotne obecność ptaka w dniu naszego wyjazdu, czyli 24.06., oczywiście była potwierdzona.

Sylt to największa z Wysp Północnofryzyjskich. Taki długi rogal. Dostanie się na nią samochodem nie jest takie proste ani też … tanie. Wyspa ma połączenie ze stałym lądem przez długą na 8 km groblę (Grobla Hindenburga) po której wiedzie trakt kolejowy. Trzeba więc dotrzeć do stacji kolejowej Niebüll, wjechać na specjalne wagony i absolutnie nie wysiadać. Kierowca i pasażerowie odbywają podróż we wnętrzu swojego auta co podobno podczas pokonywania grobli przy bardzo silnym wietrze i wysokiej fali, szczególnie dla tych „parkujących” na niższym piętrze wagonu, jest nie lada przeżyciem … za 75 Euro  😉 .

Coś na pewno jeszcze można byłoby tu zmieścić 😉
Tak też można
Przejeżdżamy groblę

Zamiast o świcie dotarliśmy do Niebüll po 9-tej. Kupujemy bilety w automacie (8,40 € od osoby za przejazd + 4,20 € rower bilet całodzienny). Stojąc i zastanawiając się jak tą maszynę sobie podporządkować, pojawia się przy nas miła Pani, która pomimo, że spieszy się na pociąg stara się nam pomóc i w końcu … podarowuje nam jeden bilet, bo z roztargnienia kupiła dwa 🙂 . Czy to w naszym „dumnym kraju” i wśród naszych nadętych „patriotów” byłoby możliwe ? Ale póki co nie brnę dalej w te rozważania. Jak to w Niemczech, pociąg przyjeżdża punktualnie i po blisko pół godzinie jazdy wysiadamy na stacji Keitum.
Oczywiście wziąłem swój rower bez powietrza w kołach. „Dopompuje się” – pomyślałem. Okazało się, że „zdobycie” na miejscu „pumpy” graniczy z cudem. Rowerów setki, pompki brak. Tracimy godzinę (ależ jestem na siebie zły). W końcu udaje się odnaleźć wypożyczalnie rowerów i miły Pan za „free” dobija „luft” w koła. Pogoda się zdecydowanie polepszyła. Przestało padać, wyjrzało słońce ale niestety wieje, co niebawem odczuwamy będąc na grobli otaczającej Rantumbecken. Taka „5” w skali B . Wymarzone warunki dla … albatrosa. Żeby się wynieść. Tak też uczynił. Jeszcze wczorajszego późnego popołudnia przeleciał sobie na północ wyspy po czym stamtąd skubaniutki czmychnął. Będzie więc trzecia runda, ale to już chyba w przyszłym sezonie. Chyba żeby  😉 .

Keitum – stara ale jakże urocza zabudowa. Płoty czy też inne ogrodzenia jak widać nie są potrzebne
Rantumbecken od północy (fot. K. Mikicińska)
Rantumbecken. Na tych wysepkach zdarzało się odpoczywać albatrosowi (fot. K. Mikicińska)
Wszystko pięknie gdyby tylko nie ten wiatr (fot. K. Mikicińska)

Dojeżdżamy groblą do Rantum co jest wyczynem przy tym silnym wietrze i przebijamy się na drugą stronę wyspy. Ciągnące się kilometrami (ponad 38 km) puste o tej porze plaże, wydmy, otwarte takie prawdziwe morze i niezmącony niczym spokój. Po prostu pięknie 🙂 . W drodze powrotnej w knajpce przy zatoce jemy rybę i pijemy … piwo.

Wilhelmina o rubensowskich kształtach zachęca do plażowania bez strojów. Podobno Sylt słynie z plaż dla naturystów. Podobno 😉
Póki co plaże puste. Takich plażowych koszy podobno jest 13 tysięcy
Wydmy koło Rantum

Oczywiście ptaki są cały czas obok nas. Pliszka brytyjska jest chyba największym „rarytem” wyjazdu ale to nie ona nadaje ptasiego charakteru tej wyspie. Ostrygojady, szablodzioby, ohary w tym jedna para z parodniowymi pisklakami. Na łachach setki siewek, m.in.: szlamiki, biegusy rdzawe i zmienne, sieweczki obrożne. Są też rybitwy rzeczne i białoczelne. Co też tu musi się dziać podczas szczytu migracji. A może by tak tu wrócić w tym czasie ? W drodze na dworzec atakują nas (dosłownie) rycyki. Gdzieś muszą być ich młode.

Pliszka brytyjska (Motacilla alba yarrellii)
Wszechobecne ostrygojady (Haematopus ostralegus)
Ohar (Tadorna tadorna)
Sieweczka obrożna (Charadrius hiaticula)
„Rudzielce” – szlamniki (Limosa lapponica) i biegusy rdzawe (Calidris canutus)
Drący się w niebo głosy rycyk (Limosa limosa)

Żegnamy wyspę i pomimo, że do widzenia z albatrosem nie doszło to i tak były to piękne godziny.

Ja też mam kaniuka

Nie było łatwo, to na pewno. Pierwsza próba (03.06.2017) to ogromny „peszek”. Jechałem z moim Tobiaszem na miejscówkę podaną z dnia poprzedniego czyli do Stabrowa. Byliśmy już bardzo blisko kiedy przyszedł sms z aktualną lokalizacją kaniuka. Cofamy się około 2 km do Szopinka. Przy torach kolejowych spotykamy grupę małopolsko-śląską. Kaniuk był przed paroma minutami na linii energetycznej a teraz: „Lata ooo tam, zobacz, jest w lunecie i przemieszcza się w lewo” – mówi jeden z kolegów z Małopolski. Niestety nie dostrzegam, rozgrzane powietrze faluje zamazując dalszą perspektywę. Może wróci ? Czekamy, wraz z jeszcze kilkoma podobnymi nam „nieszczęśnikami”, do godzin południowych. Rozjeżdżamy się po okolicy mając między sobą kontakt telefoniczny. W pewnym momencie jest sygnał, że ptak się odnalazł. Pędzimy tam. Alarm okazał się fałszywy za sprawą bardzo jasnego myszołowa. Wracamy do domu.  Nie pierwsza to i pewnie nie ostatnia porażka. Spóźniliśmy się kilka minut i 2-gi dla Polski kaniuk przeszedł, a w zasadzie przefrunął nam koło nosa. Na frasunek najlepszy … Mc Donalds 😉 . Kiedy już w sobotę nie pojawił się komunikat o kaniuku pomyślałem sobie, no cóż, siedział sobie w jednym miejscu i tak dostatecznie długo jak na drapola. Szybko „odbudowałem” pozytywne nastawienie do świata 🙂 . Nic z tego. W niedzielę przychodzi sms z PGL. Kaniuk cały czas obecny w okolicach Szopinka. Jechać czy nie jechać ?  Odwieczne dylematy  twitchera  😉 .  Zostaję jednak przy obowiązkach zawodowych. Za dużo nagromadziło się zaległości. Przez kilka dni o kaniuku było trochę ciszy. W końcu, bliżej weekendu, wiadomo aktywność terenowa ptasiarzy wzrasta co od razu spowodowało, że sprawa kaniuka odżyła.  Ptak upodobał sobie Zamojszczyznę i cały czas trzyma się doliny Czarnego Potoku. Wraz z Marcinem Borowikiem udajemy się z piątku na sobotę do Szopinka. JEST !!! Z daleka przez lunetę Marcin dostrzega bardzo jasnego ptaka siedzącego na linii energetycznej na granicy Szopinka i Zamościa.  Jeszcze nie mamy pewności bo odległość jest znaczna. Podjeżdżamy te kilkaset metrów bliżej.  KANIUK ! KANIUK ! KANIUK !  Zostawiamy auto i przez nieskoszone łąki staramy się podejść bliżej ptaka wykorzystując zarośla przy rowie melioracyjnym. Trochę udaje się skrócić dystans, co od razu przekłada się na lepszą dokumentację foto.  Wysyłamy info w świat. Już po chwili mamy telefony od ptasiarzy, którzy podobnie jak jeszcze kilkanaście minut wcześniej my, należą do tej nielicznej już chyba grupy, która kaniuka jeszcze nie widziała. Im też się udaje 🙂 .

Łąki w dolinie Czarnego Potoku
Kaniuk (Elanus caeruleus) . Obserwacja z Zamojszczyzny to dopiero drugie stwierdzenie dla Polski ale wszystko wskazuje na to, że następne lata będą obfitsze za sprawą jego ekspansji (fot. M.Borowik)
Kaniuk w locie (fot. M.Borowik)
I jeszcze jedno ujęcie lecącego kaniuka (fot. M.Borowik)

Na Łużycach…wśród mew z mewiarzami

Gräbendorfer See to zbiornik wodny powstały w wyniku zalania kopalni odkrywkowej węgla brunatnego. Jest tworem stosunkowo młodym, bo dopiero 10 lat temu ogłoszono (nomenomen w dzień moich imienin 😉 ) zakończenie zalewania blisko 500 ha, głębokiej , w niektórych miejscach na ponad 50 metrów, dziury w ziemi. Jak to w przypadku wody zazwyczaj bywa od razu staje się ona obiektem mniej lub bardziej zorganizowanej rekreacji. Biorąc pod uwagę, że to Niemcy, to raczej bardziej. Ordnung musi być  😉 . I tak oto na południowo-zachodnim brzegu powstał camping ze sprzętem pływającym do wypożyczenia. Zbiornik ma jeszcze COŚ. To COŚ to 20-sto hektarowa wyspa, którą od 2011 roku zajęły duże mewy. Gnieździ się tu 850 par mew białogłowych, romańskich, srebrzystych no i oczywiście ich różnej maści mieszańców. Dzięki uprzejmości Jacka Betlei znalazłem się, obok jeszcze Mateusza Ledwonia, w polskiej ekipie, która na zaproszenie Ronalda Kleina (czołowego niemieckiego mewiarza), w ostatni dzień maja, uczestniczyła czynnie przy obrączkowaniu tegorocznych młodych. Cała ekipa, a zebrało się nas zusammen 17 osób, spotkała się właśnie na wspomnianym campingu.
Jak było przedstawia poniższa fotorelacja ☺ .

Gräbendorfer See to tylko 60 km od granicy z Polską (źródło: Google Maps)
Zwarci i gotowi czekamy na decyzje kto z kim i czym będzie płynął
No to się pakujemy ze sprzętem
Można się zapedałować a tu ani centymetra w przód  😉   Siła mięśni Mateusza jest jednak wielka 😉
Płynie „armada”
A pewnie, że nie mam kamizelki, a pewnie że nie umiem pływać. Przyznaję – kary godna postawa . Na szczęście utopiły się tylko … okulary
Fragment mewiej kolonii na wyspie (fot. Jacek Betleja)
Dzielimy się na 2 grupy. W „naszej” oprócz znakowania na kolorowo będziemy mierzyć (Jacek) i pobierać krew (Mateusz).
Mateusz gotowy do zabiegów 😉
Mateusz przy pracy. Z krwi wyodrębni się DNA, które pozwoli m.in. na określenie płci zaobrączkowanych piskląt. To „coś” tajemniczego po lewej to … brodzisko Mateusza 🙂
W kolejce. Niektóre młodziaki niecierpliwe. Poświęciłem koszulę aby młode w koszyku przykryć. Koszula po akcji chyba do kosza 😉
Końcówka zielonych plastików. Teraz już tylko żółte
„Ozdobiony biżuterią” jeden z blisko 400 jakie udało nam się oznaczyć
I niespodzianka. Mewa żółtonoga Larus fuscus ze znaczkami skrzydłowymi z… Anglii (fot. Jacek Betleja)
Drugi zespół pobierał jako materiał DNA ślinę z dzioba
Jacek przy pracy
I kolejna miła niespodzianka. Mewa białogłowa Larus cachinnans zaobrączkowana w Polsce (fot. Jacek Betleja)
Pisklaki widząc zagrożenie skupiają się w stada. Teraz tylko trzeba je otoczyć i wyłapywać po kilka
Powoli ale sukcesywnie stadko się zmniejsza
Oba zespoły obrączkarskie razem
Słodziutki kilkudniowy kurczaczek 🙂
Gniazda z jajami o tej porze to lęgi prawdopodobnie powtarzane. Z reguły w takich gniazdach są zniesienia dwujajowe. Tutaj coś wyjątkowego.

IX Rajd Ptasiarzy

Po dwuletniej przerwie JIZZ TEAM CZĘSTOCHOWA wrócił do starego składu 🙂 . Oczywiście głównym winowajcą byłem ja, bo kiedy nastawały terminy kolejnych rajdów mnie nosiło gdzieś tam po świecie. W każdym razie do tegorocznej „walki” wystartowaliśmy, po raz pierwszy nie tuż po północy, a „dopiero” po godzinie 3:00. Oczywiście tradycyjnie miejscem skompletowania drużyny była leśniczówka Grzesia Kaczorowskiego. To był też test dla mojego Tobiasza, który uczestniczył jako osoba towarzysząca. Jak na 9-cio latka spisał się wyśmienicie, bez problemu wstał o 2 w nocy by następnie wytrzymać bez snu aż do południa  🙂 .

Zaczęło się o 3:31 od … śpiewającego samca rokitniczki na stawach w Okołowicach a do pełnej godziny mieliśmy już 11 gatunków w tym kropiatkę 🙂 . Z nocnych gatunków udaje się wyhaczyć jeszcze puszczyka ale do brzasku nie mamy np. … derkacza ! A to już porażka.  Pierwszą pięćdziesiątkę zamknął jeszcze przed 6:00 swym gwizdem samiec wilgi. Jesteśmy już w rejonie Złotego Potoku nasłuchując i wypatrując siniaków. W końcu słyszymy charakterystyczne pohukiwanie. Melduje się siniak jako nr 56 . Na stawie „Zielonym” niespodzianka – samiec mandarynki. Niestety nie mamy szczęścia do pogody. Jest pochmurno, deszcz wisi w powietrzu. Wjeżdżamy na łąki koło Ulesia. I mamy fajny gatunek 🙂 . Sokół wędrowny w całej okazałości. Chyba pogodzie zawdzięczamy, że o 9:19 słyszymy … derkacza. Trochę utrzymujących się „kałuż” wzbogaca naszą listę gatunkową o kaczki m.in. płaskonosa i świstuna oraz siewkusy m.in. brodźca śniadego. Kulik wielki, lęgowy w tym miejscu, był pewniakiem 🙂 .

Mandarynka (Aix galericulata) – samiec, fot. G. Kaczorowski
W królestwie kulika wielkiego
Zobaczyć sokoła wędrownego. Będzie się czym pochwalić kolegom 😉

Tobiasz wytrzymał dzielnie do południa 🙂

„Setka” pękła przed 11-stą na okołowickich stawach za sprawą perkoza dwuczubego. W tym miejscu spotkaliśmy też 2 kobczyki (samca i samicę) a wśród łabędzi niemych trafiła się gęś zbożowa. Niestety jak to bywa w tego typu „zawodach” z każdą godziną narasta zmęczenie, zmniejsza się aktywność ptaków co przekłada się na „bicie gatunkowego licznika” 🙁 . Od południa przez ponad 6 godzin „wzbogacamy się” raptem o 15 gatunków. Pora podjąć dojrzałą decyzję, tym bardziej, że pogoda …

Kobczyk (Falco vespertinus) – samica, fot. G. Kaczorowski
Gęś zbożowa (Anser fabalis) – fot. G. Kaczorowski
Pilica w okolicach Wąsosza
Tu zawsze bywał paszkot. Bywał …

Podczas tegorocznej edycji przejechaliśmy tylko 233 km będąc w terenie 15 godzin 55 minut. Zdołaliśmy zobaczyć „tylko” 131 gatunków. Sukcesu w generalce nam to nie wróży, ale jak zwykle było fajnie 🙂 . A za rok jubileusz w ptasich zmaganiach. Nie może nas zabraknąć 🙂 .

Nasza tegoroczna trasa z lokalizacją zaobserwowanych gatunków ptaków
Tak z mozołem budowaliśmy naszą listę gatunków. Godzina po godzinie 😉

 


Autorem obrazka wyróżniającego, będącego logo tegorocznej edycji Rajdu Ptasiarzy jest Tomek Cofta.